Jeśli ktoś nie lubi czytać o fizjologii lub unika sentymentalnych wstawek, to niech nie czyta dalej!
Swoją historię publikuję w podziękowaniu Kobietom, których historie czytałam, przygotowując się do swojego porodu. Zainspirowałyście mnie i dodałyście odwagi. Mimo, że grupy, w jakich dzielimy się swoimi doświadczeniami, składają się z obcych sobie osób, zawsze mogłam liczyć na potrzebne informacje i Wasze wsparcie. Dziękuję! Mam nadzieję, że i moje doświadczenia wniosą coś pozytywnego w macierzyństwo innych kobiet.
Często przekaz, jaki otrzymują przyszłe matki od bardziej doświadczonych kobiet: mam, babć, ciotek, koleżanek jest negatywny. Ukazują one poród jako coś wręcz traumatycznego, po czym zwykle następuje komentarz w stylu „ale o bólu szybko się zapomina” lub, że dziecko wszystko wynagradza. Ja chciałam wspominać poród dobrze, odczarować ten bolesny początek macierzyństwa, nadać mu nową jakość. Udało mi się. Pamiętam je jako cudowne, rodzinne, ważne wydarzenie. Wzmacniające i świadczące o sile, jaką my kobiety, posiadamy.
Historia spisana: 07.2020
Jesteśmy w czwórkę. Nowonarodzony i jego starszy brat śpią. Nowonarodzony ma cztery dni.
Swoją wielką wyprawę rozpoczął pierwszego lipca, około szesnastej, kiedy ze starszym synem doglądałam ogródka, zbierałam groszek. Akurat uczyłam Malucha jak robić babki z piasku, kiedy zaczęły odchodzić mi wody.
Zadzwoniłam po męża, który tego dnia miał dyżur w pracy do osiemnastej. Wyszedł wcześniej i pomógł nam wrócić do domu, dzięki czemu mogłam zachować pozory.
Ten dzień był bardzo dobry na rodzenie, choć nie byłam tego świadoma. Świat wiedział lepiej. Akurat na wieczór byliśmy umówieni z położną na kwalifikacje do porodu domowego. W ciągu tej nocy, położne akurat nie miały dyżuru w szpitalu. Tego dnia do Poznania przyjechała moja przyjaciółka Klaudia, z którą nie do końca mogłam umówić się co do terminu rodzenia, a która miała nam pomóc, zwłaszcza starszemu dziecku. Doszła paczka z rzeczami dla kota. W ciągu dnia ogarnęłam trochę mieszkanie, chyba zrobiłam pranie, pomroziłam nadmiarowe warzywa, zrobiłam domowe lody i kompot z rabarbaru.
Po dotarciu do mieszkania spojrzałam na telefon i okazało się, że przed chwilą dzwoniła Klaudia, niedługo potem była już u nas. Wykąpałam się, skontaktowałam z naszą położną, umyłam warzywa przyniesione z ogródka, część zaniosłam sąsiadce. Wypiliśmy coś, Starszy szybko poszedł spać, sprzątaliśmy mieszkanie: mąż zmył podłogę, Klaudia okna, ja podlałam kwiaty. Wtedy już boleśnie napinała mi się macica i dołączyły inne porodowe objawy 😉
Po swoim dyżurze przyjechała położna. Zbadała mnie. Rozwarcie 2 cm. Powiedziała, że jak akcja nie ruszy się do 22, to należałoby jechać do szpitala, ze względu na czas od odejścia wód i ryzyko infekcji. Poleciła aktywność z odpoczynkiem na zmianę i wyjaśniła, że to, co czuję, w dole brzucha to nie są jeszcze właściwe skurcze.
Po jej wyjściu napięcia zmieniły się w skurcze, które wyraźnie się zagęszczały i wydłużały – do tego stopnia, że mąż nie zdążył zjeść obiadu. Podczas tego okresu popełniłam parę błędów. Za szybko weszłam pod prysznic, za szybko oddychałam. Dowiedziałam się tego jak około 22 przyjechały położne, już we dwie, a tu w badaniu… 3 cm. Wówczas naprawdę zwątpiłam. Powiedziałam, że chcę cesarkę. Za oknem szalała burza. Pomyślałam o znieczuleniu i o tym, że trzeba będzie w deszczu jechać do szpitala (dodając mniej stosowne wyrażenia). Dziewczyny tłumaczyły mi, że jestem spięta, że trzymam dziecko wysoko, chciały usłyszeć co myślę, więc powiedziałam im o swoich wątpliwościach, chciały decyzji. Powiedziały, że mam szanse jeszcze pięknie urodzić.
Wtedy, po uświadomieniu sobie, że się nie wywinę, a alternatywą jest lepszy szpital bez męża, lub gorszy z nim, że gdzieś w oddali majaczy wizja porażki… Spytałam co mam robić i zaczęłam z niemałym trudem stosować się do udzielanych rad.
Lekko popierałam podskakując na piłce, robiłam przysiady przy ścianie, co przynosiło ulgę przy bólach krzyża, przy kolejnym badaniu rozwarcie już sięgało 6 cm. Słyszałam to „6-7” jak położne rozmawiały między sobą, półprzytomna zapytałam „ile?”, „Powiedz jej, niech wie”. Kryzys został przełamany. Można było spokojnie „lecieć” dalej.
Swój opór i traumę przerobiłam dopiero podczas kolejnego porodu. Kiedy mały postęp mnie załamał, starszy synek bał się burzy i płakał, mąż był przy nim, a ja próbując walczyć z bólem potęgowałam go – odpuściłam.
Półświadoma łapałam się głosu położnej, tłumaczącej jak oddychać, naśladowałam męża, którego wołałam, gdy znikał, a skurcz się zbliżał… Wydłużyłam oddech, zwłaszcza wydech, wizualizowałam sobie dziecko przesuwające się w dół i rozwierające szyjkę, korzystałam z mądrych rad i masujących dłoni towarzyszących mi przyjaciół. Byłam w dziwnym stanie, miałam ochotę wszystkim mówić, że ich kocham. I jak ja ich kochałam! Czułam się jak pijana. Gdzieś w głowie kołatało mi zdanie, że „mam przetrwać do kolejnego… SKURCZU”? Przecież to bez sensu ;p Teraz wiem, że miałam na myśli oddech. Tylko do kolejnego oddechu.
Spędziłam jakiś czas pod prysznicem, robiłam „bociana” przy kuchennym blacie. Dziewczyny mówiły mi, że pięknie rodzę, myślałam, że mnie wkręcają, żeby zmotywować. (Po wszystkim potwierdziły, więc chyba faktycznie było dobrze!) Bardzo zmęczona kilka skurczy spędziłam na kanapie, leżąc na boku, z nogą na oparciu – ODPOCZYWAJĄC między skurczami (te przerwy jednak istnieją 😉 ). Drugą fazę również spędziłam na kanapie, stwierdziwszy, że mi tam dobrze. Zaczęłam przeć zupełnie nieświadomie, wydając inny dźwięk. Dowiedziałam się o tym, jak położna powiedziała „bardzo dobrze, jak masz potrzebę, to popieraj”. Bardzo się zdziwiłam, Natura wie najlepiej. Okazało się, że już niedługo druga faza. Wspierająca mnie mądra kobieta powiedziała, że jeszcze kilka skurczów i urodzę, przekornie zapytałam, czy nie mógłby być jeden J
W czasie wypierania dziecka trzymałam Klaudię za przedramiona, a mąż patrzył jak pojawia się dziecko. Dotknęłam główki. Przeraziłam się jej ściśniętym kształtem i cofnęłam rękę. Parłam kiedy czułam taką potrzebę, powtarzając „muszę”, lub pytając czy „mogę?” Bolało i piekło, kiedy tkanki się rozciągały, synek wysuwał się i cofał, wydawało mi się, że wiele razy. W pewnym momencie położna bardzo dobitnie kazała mi przeć. Sama pociągnęła przy tym Dzidziusia, pomagając urodzić się barkom. Widziałam ten moment zza zmniejszającego się brzucha. Tą oblepioną, wymoczoną główkę, z profilu. Młodszy był na zewnątrz, wytarty w ciepłe pieluszki znalazł się na moim brzuchu, cicho kwiląc. Po przecięciu pępowiny przez dumnego Ojca, znalazł się na mojej klatce piersiowej. Przytulaliśmy się w trójkę, cieszyliśmy się. Wtedy powstało moje „zdjęcie życia”. To była bardzo szczęśliwa chwila, jedna ze szczęśliwszych w moim życiu.
Łożysko urodziło się bez podawania oksytocyny, w całości. Nigdy w życiu tak nie dygotałam, nie wiedziałam co się dzieje, trzęsła mi się żuchwa, uda, łydki. Niesamowite. Tak ciało opuszcza napięcie. Na lekkie pęknięcie położna założyła cztery szwy. Dzidziuś był chwilę w ramionach cioci Klaudii, położna zmierzyła go i zważyła, okazał się małym olbrzymem – 4,5 kg i 60 cm. Duży, więc i poród niełatwy. Dobrze, że nie wiedziałyśmy J. Podczas szycia Dziecko grzało się pod kocykiem o klatkę piersiową swojego Taty. Potem wrócił do mnie, dostał jeść, przyssał się. Umyłam się, przebrałam, dziewczyny ubrały Nowonarodzonego. Dostałam kolację (śniadanie?) – kanapki z mozzarellą i pomidorem. I czarną herbatkę. Pyszności (mimo, że w sumie nie bardzo lubię pomidory). Około czwartej dziewczyny, po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia, pojechały. Zostałam z mężem i Klaudią, piliśmy herbatę i rozmawialiśmy o przeżyciach tej nocy…

Poród był drogą.
Od prostego początku, gdzie wydawało się, że to już, że pójdzie łatwo, przez przebudzenie, uświadomienie sobie, że trzeba dużo więcej z siebie dać. Przez zwątpienie, do pewności, spełnienia, satysfakcji. Od „nie mogę, nie mogę, nie mogę” do „mogę, mogę, mogę!” Od oporu, do sprawczości. Od strachu, przez ból, do szczęścia. Od zamknięcia w sobie, do miłości. Jak bardzo chciałam mówić, o tym, że kocham! Jaką czułam wdzięczność za ich wspaniałą pomoc… Na końcu był odpoczynek, błogość, miłość, spokój… i szczęście.
Może tak właśnie przebiega życie? Na pewno tak właśnie powinno się zaczynać. No i popłynęły tak potrzebne łzy.
A w którym momencie życia jestem?
Tym pomiędzy zwątpieniem, a pewnością, już świadoma trudów, chętna do zmierzenia się z bólem. Chyba już przekroczyłam magiczną Granicę Decyzji.
Wraz z synami narodziłam się ponownie. Jako matka, kobieta, człowiek, istota.

Dziękuję!
Dziękuję Mężowi. Po raz kolejny (i nie ostatni) przekonałam się jak cudownym jest człowiekiem, jak silnym mężczyzną i jak dobrym ojcem. Wspaniałym mężem, nic dodać, nic ująć. Kocham Go bardziej i bardziej…
Dziękuję Położnym, za stanowczość, kiedy było jej trzeba, ogromną wiedzę i spokój. Za rady i wsparcie. Opiekę. Za przyjęcie na swoje ręce Naszego Dziecka i umożliwienie Mu przyjścia na Świat w sposób przyjazny i piękny, w spokoju, półmroku, w tę burzową, lipcową noc. Za umożliwienie mi podjęcia decyzji, mojej własnej.
Dziękuje Klaudii, za to, że się odważyła, że się sprawdziła. Za masaż, za wodę i czekoladę, opiekę nad synkami i wszelką pomoc. Za cichy, spokojny i wspierający głos.
Dziękuję Starszemu, za twardy sen i serdeczne, jak na roczniaka, powitanie brata.
Dziękuję Młodszemu, za to, że wszyscy mogliśmy uczestniczyć w Jego narodzinach i za emocje, które ze sobą wniósł do naszych małych Światów.
Dziękuję, że jesteście.
Dziękuję również sobie i swemu ciału, że jest w stanie zrodzić nowego człowieka, znieść ból, tak sprawnie funkcjonować. Za to, że odpuściłam, choć trochę, że podjęłam słuszną decyzję o wejściu w tą rwącą rzekę, że wspólnymi siłami doprowadziliśmy do tak cudownego finału!
Kolejne dni mijają, a ja czuję spokój, siłę i szczęście. Uwielbiam patrzeć na nasze dzieci, planować przyszły ogród…
I choć będzie trudno, będzie dobrze. Będzie wspaniale.
Patrycja
[…] świadomie. Pomocne w tym procesie są POZYTYWNE historie porodowe (dlatego opublikowałam swoją: https://zielonybrzask.com/bez-kategorii/historia-mojego-porodu-domowego/). W nurtujących Was zagadnieniach zawsze warto pytać. Można wiedzę i wsparcie czerpać od […]