Nie jestem, w swoim, przekonaniu dobrą mamą. Nie cierpię sprzątać, prać, gotować. I nie lubię dzieci (z wyjątkiem swoich). Jeśli coś wymaga prasowania, to nie jest warte noszenia. Zamiast myć podłogę, póki się jeszcze, aż tak bardzo nie lepi, wolę czytać książki. Jeśli coś muszę ugotować, to najlepiej, aby było proste, szybkie, nie wymagało brudzenia wielu naczyń i dało się robić jedną ręką. Jak się na obiad zje kanapki, to też dobrze. W końcu je się aby żyć, a nie żyje, żeby jeść. Kilka(naście?) lat temu rozprawiałam o tym z przyjaciółką: denerwowało ją, że u niej w domu życie toczy się od obiadu do obiadu. U mnie niekoniecznie!

O ile, dobrze mi z moim podejściem do gotowania, sprzątania i tak dalej… O ile, nie przeszkadza mi, że koszulka Starszaka nie doprała się (za pierwszym razem) od tych buraków i nie biegam z wybielaczem, nie zamiatam trzy razy dziennie (bo to i tak nic nie da) – raz wystarczy, nie myję regularnie okien i luster, na których i tak za chwilkę pojawią się tłuste odciski małych łapek… I tak dalej (co pewnie trwoży kobiety z pokolenia wyżej)…

O tyle wpływa to bardzo na mój stosunek do siebie, jako matki. Wyniosłam z dzieciństwa obraz mamy wiecznie zapracowanej, zmywającej regularnie podłogi, myjącej ręcznie stosy naczyń, wieszającej pranie w bardzo dopracowany sposób. Czuję jakąś presję, że nie jestem idealna, że się nie wyrabiam. Jako matce, źle mi z tym, że tak robić nie chcę, że się w tym nie spełniam, że potrzebuję poczytać, że lubię pobyć sama (bez dzieci).
[Żoną chyba też jestem dziwną, skoro przedkładam lekturę ciekawej książki, czy namalowanie czegoś nad zabiegi kosmetyczne… tak mnie naszło, kiedy patrzyłam na pomalowane paznokcie u stóp mamy. Ale mój mężczyzna chyba miał tego świadomość. 😉 ]
To odbija się w moim podejściu do macierzyństwa. Widzę je jako balast nie do udźwignięcia. Powtarzam sobie w myślach, że mam dość, że nie dam rady, że jeszcze tyle do zrobienia…
Nie dawno oglądałam odcinek, na kanale mama lama, z Angeliką Talagą, dotyczący treningu mentalnego rodzica (https://www.youtube.com/watch?v=9p6Z1zO5tu8). Dużo treści mogłam odnieść do swojej sytuacji. Wiadomo, wszystko zależy od nastawienia, w tej kwestii nic nowego nie odkryłam: mam problem. Dziewczyny zwróciły mi jednak uwagę, na rzecz… chyba najważniejszą: jestem najlepszą mamą na świecie, dla moich dzieci! Eureka.
I to jest najważniejsze. One nie widzą bałaganu, nie zauważą, że zupa nie do końca wyszła, tak, jak powinna. Nie liczy się dla nich to, czy będę zmywała podłogę regularnie, tylko czy się z nimi pobawię, czy będę ich przytulała. Czy nie ofukam ich, bo mi przeszkadzają w pracach domowych (lub na przykład rozmowie telefonicznej)… A nawet, jeśli coś zrobię nie tak, to nie zmieni ich zdania. A skoro oni tak uważają, to co ja mam do powiedzenia? Tu nie ma miejsca na dyskusję.
I oto ja – najlepsza mama na świecie.
Dla swoich dzieci 🙂 A tylko ich ocena się liczy!
Patrycja