Wychowanie na miarę współczesności, czyli zacznij od siebie

Wychowanie na miarę współczesności, czyli zacznij od siebie

Tak sobie jechałam ostatnio samochodem i rozmyślałam nad kierunkiem zmian, jaki widać w podejściu do dzieci, wyraźnie zarysowującym się na tle historycznym, w naszym kontekście kulturowym. Od „taniej siły roboczej”, darmowej pomocy w domu i gospodarstwie, gwarantu bytu dla rodziny, przez dzieci bez głosu, karami upychane w szablony, mającym podać rodzicom przysłowiową „szklankę wody” na starość, dochodzimy do miejsca w jakim jesteśmy obecnie.

Do momentu, kiedy dzieci zaczyna się traktować jak pełnowartościowych ludzi, jak równych sobie. Jako wartościowe same w sobie. Jako istoty z potencjałem, własną osobowością, która może uniemożliwić bezgłośne wtłoczenie dziecka w ramy szkolnej ławki. Do momentu, gdy inwestuje się w ich przyszłość bezinteresownie.  Teraz rodzice starają się częściej przyjąć ich perspektywę, zaopatrzyć w kompetencje przydatne im w przyszłości, bez ujmowania czaru dzieciństwu. Piękne czasy na wychowanie dzieci nastały.

Na pewno, na ten stan rzeczy wpływa moment historii w jakim żyjemy: wojen nie ma, ustrój w miarę przyjazny, brak represji, względny dobrostan materialny. Tak, teraz, kiedy można bez zamartwiania się o jutro spojrzeć w przyszłość, mamy wreszcie czas na przyjrzenie się temu, jak kształtujemy młode pokolenia. Wreszcie jest czas, który można poświęcić dzieciom. Podobnie ma na to wpływ model rodziny jaki obecnie jest „na topie”. Nie mając wielu dzieci i mając je wtedy, kiedy uznamy, że jest na to odpowiedni czas stwarzamy rzeczywistość, w której nie będziemy musieli martwić się o zasoby, miejsce i czas dla nich.

Warunki mamy wspaniałe. Tylko w głowach jeszcze ciążą utarte schematy. Te z nagradzaniem, karaniem, przywiązywaniem wagi do ocen, nie poruszaniu pewnych tematów, nie wyjaśnianiu na prędce rzucanych zakazów w ilościach takich, że dorosły by nie spamiętał.

Przechodząc do meritum:

Wychowanie dzieci w czasach dzisiejszych jest i dużo prostsze i o wiele trudniejsze niż dawniej. Prostsze, bo już nie jest już ogromną pracą, jaką mamy włożyć w kształtowanie młodego człowieka „na siłę”, aby przybrał kształt jaki sobie wykoncypowaliśmy. Musimy tylko delikatnie wskazywać mu drogę, ukształtować to, co młody człowiek sam w sobie ma. A dlaczego trudniejsze?

Fot. Ola Jułga

Bo tym, co najlepiej ukierunkuje dzieci, wskaże im właściwą drogę, jest przykład. Owym przykładem jesteśmy my. Tutaj zaczyna się trudność. Jeśli chcemy, żeby nasze potomstwo zdrowo się odżywiało i aktywnie spędzało czas wolny, a będziemy jeść chipsy przed telewizorem lub w wolnych chwilach patrzeć w smartfona, to nawet siłą nie zmusimy dziecka do wyjścia na rower. (A jeśliby się udało, to ucierpi relacja.) To my musimy jeść warzywa i się ruszać. Jeśli chcemy, żeby dziecko było szczere, to nie możemy mówić mu, że czegoś nie ma w szafce, kiedy ono to widziało. Nie możemy udawać, że nie ma nas w domu, jak dzwoni ktoś, z kim nie chcemy rozmawiać. Chcemy by szanowało i było życzliwe? To u nas musi to zaobserwować. Co gorsze, to wobec niego trzeba takim być. „Dlaczego mama mówi, że nie wolno przerywać, a mi zawsze mi przerywa?” Chcemy, żeby czytało książki? Nie nauczy go tego ojciec, który nie czyta nawet gazet. Nauka? Nigdy nie zainteresuje się chemią czy biologią, gdy w domu, po zadaniu pytania usłyszy: aaa nie pamiętam, po co mi to! I tak dalej… A ciekawe, co pomyśli, jeśli dostanie „klapsa” od rodzica, powtarzającego, że nie wolno bić? Toć, ono tylko dało w przedszkolu klapsa temu koledze, co mu zabawkę zabrał. Czysta hipokryzja. „Przykład idzie z góry”, wystarczy być dobrym człowiekiem!!!

Co więcej, naraża nas to podejście na niewygodę. Jeśli ma być asertywne, to musi się od nas nauczyć stawiania granic – i należy mu na to pozwolić. Jeśli ma podejmować decyzje, to my musimy umożliwić mu ćwiczenie tej czynności od najmłodszych lat. Ma umieć argumentować, to musimy pozwolić mu wchodzić z nami w dyskusję. A to takie nie wygodne – szanować dziecka „nie”, słuchać „pyskowania” i pozwalać mu wybierać co chce robić, co woli zjeść, na którą grzechotkę woli patrzeć. A później… to się dopiero zacznie…

Dla mnie to bardzo dobre wnioski. Ubolewałam, że dzieci uniemożliwią mi dalszy rozwój. (Jak to powiedziała koleżanka: „zemściło ci się mówienie o możliwościach” 😉 ) To nie tak. Dzieci najlepiej do rozwoju motywują i są najlepszym lustrem – bardzo precyzyjnie pokażą nad czym jeszcze musisz popracować.

I co z tego, że na drutach nauczę się później, a gitara znów poszła w odstawkę? Gdyby nie dzieci, nie wiem, kiedy zabrałabym się za najważniejsze: za charakter.

Tak idąc dalej w tych rozmyślaniach… może właśnie ten obraz rodzicielstwa pozwoli na zachowanie przyszłym dorosłym dziecięcej wrażliwości, szczerości, umiejętności zachwycania się małymi rzeczami, miłości do natury? Może właśnie takie wychowanie dzieci pozwoli nadać światu lepszy kierunek, ulży środowisku, uzdrowi przyszłe społeczeństwo z historycznych kompleksów? Myślę, że warto próbować.

Wszystkim rodzicom, przyszłym rodzicom, ludziom opiekującym się dziećmi i z nimi przebywającym, życzę owocnej pracy nad SOBĄ. Dzieci wychwycą najważniejsze 🙂

Patrycja

Fotografia wyróżniająca autorstwa Aleksandry Jułgi (https://www.facebook.com/aleksandrajulga)

Leave a reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.