Tymczasem na SOR….

Tymczasem na SOR….

Ostatnio z niepokojącymi objawami odwiedziłam Szpitalny Oddział Ratunkowy. Standardowo, jak w tych czasach: odkażanie, ankieta, temperatura, potem rejestracja. Spędziłam tam siedem godzin i miałam wykonany dość kompletny zestaw badań. Poszło szybko, naprawdę, pewnie ze względu na to, że trafiłam tam po osiemnastej… Przesympatyczny młody mężczyzna, którego poznałam, spędził na oddziale pewnie ze dwanaście, po czym zaproponowano mu hospitalizację na oddziale udarowym. Propozycję przyjął.

Przewieziono przez korytarz paru zmarłych. Dało się słyszeć żarty personelu o nieuciekających pacjentach – jakoś muszą sobie radzić. Pełne zrozumienie.

Tak spędzona część nocy może być bardzo rozwojowa. (A na macierzyńskim stanowić nie lada atrakcję – zmiana środowiska, rozmowy z ludźmi, czas na myślenie, a i automat z kawą się znalazł…) Można poczynić pewne obserwacje.

Na przykład przeanalizować stosunek czekającego człowieka do własnego stanu zdrowia, etapy zmieniają się wraz z czasem upływającym od przybycia na SOR:

Etap 1. Chyba umieram. Jest ze mną źle, na pewno zostanę w szpitalu.

Etap 2. Chyba czuje się coraz lepiej, może oddam wózek tamtemu panu?

Etap 3. Cholera, długo jeszcze? Chyba już jestem zdrowy/zdrowa.

Etap 4. Pier***ę, najwyżej umrę. Ten etap osiągają nieliczni, po jego osiągnięciu pośpiesznie wychodzą. 🙂 Trzeba mieć zdrowie, żeby chorować!

Photo by Marcelo Leal on Unsplash

Można zaobserwować różnice w charakterze ludzi, dzielących z Tobą niedolę – skala roszczeniowości i nerwowości jest szeroka, zdolność do uśmiechu również różna. Pięknie nawiązują się przelotne relacje z osobami siedzącymi obok, choć zamaskowanymi. Ludzie są w stanie opowiedzieć swoje życie obcej osobie, może to, że ktoś słucha stanowi istotną rolę?

W głowie zapisało mi się kilka osób: ten wspomniany, przystojny, młody mężczyzna, któremu nie potrafiłam mówić per „pan” – miły, cierpliwy, pomocny – pierwszy widział, że ktoś nie radzi sobie z wózkiem inwalidzkim, że trzeba przytrzymać drzwi, poprawić podnóżek panu z alzheimerem. Żona pana z alzheimerem, starsza osoba, lekko niecierpliwa i sfrustrowana czasem oczekiwania – zrezygnowała, zabrała męża „który nic nie rozumie”, więc nie warto do niego mówić… Żonę pana sparaliżowanego – miłą i ciepłą kobietę, znającą swoje prawa, całującą męża w czoło, za każdym razem, gdy jechał na kolejne badania. 4 minuty. I został w tej samej pozycji, rozmawiają oczami. Pana Żartownisia, który był rano i wrócił, bo objawy wróciły i nie był w stanie wejść po schodach do domu. Na powrót namówili go ratownicy medyczni i żona, bo przecież żyje dla syna… Nastolatka-buntownika, wolącego kucać zamiast siedzieć, zastanawiającego się kto pożyczy fajkę i ostatecznie w pośpiechu opuszczającego placówkę, nie poznawszy wyników badań. Ot, młodzież. Dobrze, że wyrosłam.

Ile ludzi tyle historii, mieszanka strachu, frustracji, miłości. Cierpliwości i niecierpliwości. Zamartwianie o bliskich i drobne gesty, pomagające przetrwać, skuteczne w obie strony (pewien człowiek pożyczył mi ładowarkę, pomogłam wjechać do gabinetu jakiemuś sportowcowi).

Photo by Online Marketing on Unsplash

Pamiętam też neurologa, zmęczonego, złego, kompetentnego. W pracy od kilkunastu godzin. Komentowali, że sam dostaje alzheimera, bo wychodzi i przypomina sobie kto z czym, nic dziwnego. Biegał z góry na dół, z oddziału na oddział, wszędzie wiele osób potrzebowało pomocy, ratował się kofeiną. Wychodziłam o pierwszej w nocy, miał pracować do 7 rano. 24 godziny. Przez covid jest gorzej, więcej ludzi, odkażanie. Nie widzi ratunku dla systemu. Chyba cieszył się z odrobiny zrozumienia.

Wnioski:

Uprzejmość zawsze w cenie.

Do życia nie można podchodzić zbyt poważnie.

Doceniajmy, bo zawsze może być gorzej.

Żyjmy, bo co przeżyjemy, to nasze!

Owocny wieczór!

Patrycja

Leave a reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.